30 sie 2016

C.S Lewis: "Opowieści z Narnii - Lew, Czarownica i Stara Szafa" (Tom I)

Zapewne każdy z nas posiada w swej domowej biblioteczce książkę, z którą wiążą się słodkie wspomnienia z dzieciństwa. Pierwsze kroki stawiane ku przygodzie z czytelnictwem, pierwszy zakupiony przez nas samych tom powieści, która na wiele, wiele lat pozostała naszą ulubioną.

Słynne „Opowieści z Narnii” nie bez powodu zaliczane są do klasyki dziecięcej, mimo tego, iż wokół serii narosło nieco kontrowersji. Niemalże każdy miał styczność z tą konkretną historią, jeśli nie pod postacią książek to zapewne oglądając film na ekranie swego telewizora – co z resztą ułatwiła nam jedna ze stacji telewizyjnych, emitując w poprzednie piątki wszystkie z trzech nakręconych części (gdyż jest tu mowa oczywiście o słynnych kinowych adaptacjach, poza tym oczywiście istnieją jeszcze inne).

Jednak nie o filmach będę mówić, o kontrowersjach tym bardziej, a o moich wrażeniach po przeczytaniu książki, po raz któryś zresztą odkąd tylko w swej kolekcji posiadłam tenże konkretny egzemplarz.



Opowieści z Narnii – Lew, Czarownica i Stara Szafa” znalazły się na liście obowiązkowych szkolnych lektur w klasie czwartej szkoły podstawowej, o ile mnie pamięć nie myli. Chociaż film znałam już wcześniej, była to moja pierwsza styczność z wersją papierową, a jako niestety wielki leniuch mój zapał do przejścia kilkunastu kroków z klasy do szkolnej biblioteki i zasięgnięcia po książkę był po prostu… zerowy. Było to około ośmiu lat temu, więc jako dziecko dziesięcioletnie, nie ukrywam, nie znosiłam czytania lektur, a moimi jedynymi przyjaciółmi były opasłe tomiszcza Harry’ego Pottera, które traktowałam jako złoto i diamenty wśród innych powieści, które jednym słowem były be. Niestety – a może i stety zważając na fakt, jak niemalże po dekadzie kocham rzeczoną historię – przeczytać trzeba było, bo inaczej do dziennika wpadała jedynka, a dla dziecka dziesięcioletniego była to rzecz najgorsza pod słońcem – gorsza niźli przebrnięcie przez dwieście stron czegoś, co zadała pani. Ale oczywiście, jak to ja, spóźniłam się i kiedy wszystkie tomy z biblioteki zostały wypożyczone (a w miejskiej placówce niestety znajdowały się wielkie księgi zawierające po kilka części na raz, których bym niestety nie dała podźwignąć w plecaku – co prawda kartę założyłam tam dopiero jakieś dwa-trzy lata temu, ale o wadze powieści przekonałam się zeszłego lata) musiałam zakupić własny egzemplarz.
Dlaczego o tym mówię? Gdyby nie fakt, iż w mojej starej szafie spoczywa sobie inna Stara Szafa, najpewniej nie powróciłabym do tego przez długi, długi czas. A jednak, z braku czegoś ciekawego w bibliotece powracałam do czegoś co mam pod ręką i znam.


Historia rozgrywa się w Anglii w czasie wojny, a nasi bohaterowie udają się na wieś w celu uniknięcia nalotów bombowych. Rzecz jasna jest nimi czwórka rodzeństwa  Pevensie – Piotr, Zuzanna, Edmund oraz Łucja, którzy w wersji oryginalnej nosili imiona Peter, Susan, Edmund oraz Lucy. Nie jestem zwolenniczką spolszczania tudzież tłumaczenia imion, ale w tym przypadku, kiedy jest to książka dla dzieci, łatwiej jest się oswoić z postaciami, które noszą tak dobrze znane nam z życia codziennego imiona. To samo tyczy się z resztą zupełnie innych, odgrywających swą rolę bohaterów.

Dzieci trafiają do posiadłości profesora Kirke’a, gdzie najmłodsza z nich, Łucja, jako pierwsza trafia do magicznego świata, ukrytego za wrotami… szafy. (Jak się jednak dowiadujemy z części kolejnych, nie była to zwykła szafa, ani po prostu magiczna szafa – wykonana została z, jeśli się nie mylę, jabłoni która wyrosła z ogryzka przyniesionego z samej Narnii). Tam spotyka fauna imieniem Tumnus, a kiedy wraca do swego rodzeństwa ci niestety nie chcą uwierzyć jej w całą historię. Ale tak na zdrowy chłopski rozum… gdyby wasza malutka siostra przybiegła do was krzycząc, że w szafie jest magiczna kraina gdzie bawiła się z faunem sami pomyślelibyście, że nieźle się bawi, bądź naoglądała się za dużo bajek. Natomiast nasz magiczny mebel, nagle przestał być już taki magiczny, w swym wnętrzu nie chowając żadnej krainy przepełnionej śniegiem i magicznymi istotami - tylko grube, pachnące naftaliną futra.

Tak swoją drogą, czy ktoś z was pomyślał kiedyś o tym, że być może te futra wcale nie wisiały w tej szafie przypadkowo?

Z kolei Edmund,  który najbardziej z tego powodu dokuczał swojej młodszej siostrzyczce, prędko przekonuje się, że miała rację. Pech jednak chce, iż w swej przygodzie natrafia jednak na najbardziej nieodpowiednią osobę, na jaką wpaść z Narnii mógł, a dzięki swojej naiwności (i magicznemu ptasiemu mleczku) prędko zostaje zmanipulowany do przyprowadzenia do krainy całej czwórki swego rodzeństwa, aby… wiadomo.

Nasi bohaterowie są jeszcze dziećmi - choć ich wiek nie jest wspomniany, a jedynie które z nich jest starsze/młodsze, bez wątpienia trzeba przyznać, iż odnośnie tego każde z nich ma charakter wykreowany niemalże perfekcyjnie. Piotr jako najstarszy z nich stara kierować się zdrowym rozsądkiem i prędko przejmuje dowodzenie, tym samym biorąc odpowiedzialność za resztę swojej rodziny. Zuzanna, choć początkowo naprawdę nie miała najmniejszej ochoty zapuszczać się w głąb Narnii a jedynie wrócić do domu i zapomnieć o wszystkim (co z resztą w Ostatniej Bitwie widać perfekcyjnie, ale nie mam zamiaru dawać niepotrzebnych spojlerów) mimo wszystko postanawia nie opuszczać swego rodzeństwa i wyruszyć wraz z nimi. Oczywiście pomiędzy książkową a filmową wersją jest wyraźny kontrast – w filmie Zuza była niemalże kobietą, wyznaczającą się odwagą w chwilach tego wymagających, w wersji książkowej będąc jedynie nieco starszą i może mniej podekscytowaną wersją rządnej przygód Łucji. I oczywiście jest jeszcze Edmund, który z naiwnego chłopca, który swoją duszę zaprzedał Białej Czarownicy (czy raczej ptasiemu mleczku, ale kto go nie uwielbia?) wyrasta z biegiem czasu na spokojnego i sprawiedliwego władcę.

Akcja opiera się na walce ze złem, gdzie oczywiście ono przegrywa i standardowo na końcu mamy nic innego jak szczęśliwe zakończenie. Objęcie czterech tronów Ker-Paravelu… Czy to nie brzmi jak coś, co zrodzić by się mogło w umyśle właśnie rządnego przygód dziecka? Czy w najśmielszych snach żadne z nas nie chciało być odważnym rycerzem, sprawiedliwym i szanowanym królem, bądź piękna księżniczką? Brać udział w zwalczaniu wrogów, aby następnie żyć w chwale?

A potem… tak po prostu z tego wyrastaliśmy i opuszczaliśmy ten świat na zawsze.

Ale czy na pewno?

Tak naprawdę nie pamiętam pierwszych wrażeń po przeczytaniu lektury, ale nie ukrywam, że nawet po setnym przebrnięciu przez jej karty będzie ona wciąż tak samo wyjątkowa dla mnie. Pomimo tego, iż język jest zdecydowanie dostosowany do dzieci, autor stworzył niesamowicie magiczną otoczkę wokół równie barwnego, pięknego i czarującego świata. I jeśli czyta się to – nawet po raz tysięczny –jako już człowiek starszy i bardziej doświadczony, dostrzegamy w tym o wiele, wiele więcej niż w momencie, gdy zaczytywaliśmy się w tym jako szkraby z podstawówki. Być może to czyni historię tak wyjątkową – napisana dla dzieci z dostosowanym do ich wieku językiem, lecz z treścią, którą tak naprawdę zrozumiemy w pełni, kiedy dorośniemy. Ale czy nie o to chodziło właśnie z tej magicznej krainie? Że dostajemy się do Narnii jako dzieci by się czegoś w niej nauczyć i powracamy do niej tak często, dopóki nie wyniesiemy z niej wszystkich, najważniejszych lekcji?


A wy lubicie tę serię książek czy preferujecie filmy?
Co o tym wszystkim myślicie?
Jak często sami powracacie w progi tego magicznego świata?
A może jeszcze nie znacie tej historii?


Po słowie pragnę jeszcze wyjaśnić jedną kwestię. Nie jest to pod żadnym względem recenzja, której niestety do dziś nie nauczyłam się porządnie pisać, a raczej "kilka słów o..." czy "moje wrażenia po przeczytaniu". Nie traktujcie tego zatem jak wypowiedź profesjonalisty, znawcy książek, prędzej jako krótki opis samej treści z małym dodatkiem żywionych przeze mnie do niej uczuć.



1 komentarz:

  1. Ciekawy post, taki mały powrót do dzieciństwa :)
    Zapraszam na mojego bloga http://ksiazkidobrejakczekolada.blogspot.com/ :)

    OdpowiedzUsuń